Rumunia (Bukareszt, Constanta, delta Dunaju), Mołdawia, Tyraspol, Odessa

21.08 – prolog

 

10:20 – odlot, miejsca mamy takie jak zazwyczaj, tuż za skrzydłem. Siadamy zadowoleni, bo nie każdy ma możliwość zerkać przez to małe okienko, skrywające tajemnice. Jednak kiedy w powietrzu skrzydło samolotu łopocze jakby miało za chwilę się oderwać, zadowolenie nagle spada i przychodzi potrzeba snu.

W Dortmundzie lotnisko zaskakuje wielkością, a raczej małością. Spodziewałem się giganta przesiadkowego, a tu wszystko niemalże w zasięgu wzroku. Wymieniamy wydruki z Wizzaira na Boarding Pass (mimo, że mamy tylko bagaż podręczny, Check In i odebranie Boarding Pass okazuje się niezbędne), z lekkim przerażeniem mijamy koszyczek z napisem „handbaggage”, bo w naszych głowach jakoś ciężko wizualizują się nasze plecaki, które z poślizgiem wchodzą do tej swoistej miarki. Plecaki były większe niż dopuszczalne wymiary 55*40*20 – szczególnie ta dwudziestka jest ciężko osiągalna. Na macierzystym Lublinku nie było jednak problemów. Czy skrupulatni Niemcy również spojrzą na nas łagodnym okiem? Nas samolot lekko się spóźnia, zamieszanie przy Gate, parę osób chce lecieć do Budapesztu, a pcha się na nasz Bukaresztowy lot…zamieszanie sprzyja, wchodzimy na pokład, miejsce oczywiście z widokiem na skrzydło.

Okolice 17:00 – uderza nas Rumuński skwar – ponad 38st C. Wsiadamy w miejski autobus (linia 783 przystanek tuż przy wyjściu z lotniska, bilety do nabycia w kiosku-kioskarze w 2012r. znali tylko rumuński), który ma dowieźć nas do Piata Unirii czyli w okolice zarezerwowanego Hostelu. Cena przystępna, bodajże koło 3zł. Ludzie w autobusie poubierani jak na polską wiosnę, a my ociekamy potem. Wysiadamy na Piata Unirii

moldova (10)-1920-1920

i zgubiwszy się parę razy docieramy do Holiday Hostelu. Okolica przypomina łódzkie Stare Bałuty, ale hostel niezwykle przytulny, czysty, widać, że dość nowy. Obsługa chętna do pomocy, mnogość toalet i 2 łazienki. Idziemy na wieczorne zwiedzanie miasta, docieramy do pięknie oświetlonego imponującego pałacu, kręcimy się po centrum i zasiadamy wreszcie na piwku w knajpie. Ciemna Silva smakuje wybornie po męczącym dniu.

22.08

Śniadanie w Hostelu. Liczyliśmy na zestaw płatków z mlekiem, a tu proszę, Continental breakfast na bogatości(tosty, dżemik i kawa z expressu). Żyć nie umierać. Najadamy się do syta i ruszamy na spacer przy głównych zabytkach miasta. Mijamy bibliotekę miejską………pomnik samego księcia Drakuli….oglądamy palac za dnia.

16:00 – pociąg do Constanty – 58lei,

moldova (44)-1920-1920

potem od razu przesiadka do Eforie Nord (3,35lei), gdzie mamy zaklepany dwudniowy nocleg.  Na dworcu w Eforie cicho i pusto, ludzie, którzy z nami wysiedli nagle zniknęli nie wiadomo gdzie. Ani autobusów, ani taksówek. Stoimy przed dworcem i myślimy nad dalszym planem. Nagle zajeżdża taxi – jednak ktoś komuś powiedział, że turysty przyjechały. Kierowca za 20lei wiezie przez centrum miasteczka. To ciche, bezludne miejsce jakim wydawało się być Eforie Nord na stacji kolejowej, okazuje się kurortem pokroju Mielna: pełno straganów, fast foodów, lansiarskich okularów, rodzin z dziećmi, roznegliżowanych par. Miały być obrzeża Constanty, daleko od gwaru, czyste, puste plaże…ech. Na szczęście wynajęty 2pokojowy apartament (zarezerwowany poprzez serwis airbnb.com) jest trochę odsunięty od centrum. Po ogarnięciu się wyruszamy na pierwszą kąpiel w Morzu Czarnym. Plaża usiana plastikowymi leżakami. Jednak, że słońce już dawno zaszło, na plaży pustki, a morze faktycznie wydaje się być czarną bezkresną odchłanią.

23.08

Dzień chcemy poświęcić na zwiedzanie Constanty. Jedziemy do niej jakieś 20min autobusem(5,5lei). Warto też wspomnieć, że komunikacja autobusowa na wybrzeżu jest bardzo dobrze rozwinięta, mimo braku jakiegokolwiek rozkładu za przystankach. Następnie, w mieście taxi dowozi nas do centrum, które okazuje się być łatwo osiągalne pieszo z dworca. Taksówkarze po tym wyjeździe zostali prze Agatę znienawidzeni jeszcze bardziej, ale to temat na oddzielnego posta! Zwiedzamy park archeologiczny,

P1200267-1920

tu między alejkami porozrzucane są antyczne pozostałości, obok bawią się dzikie psy (których w Rumunii jest po prostu zatrzęsienie), ludzie odpoczywają na ławkach. W tym miejscu chcę  na chwilę zatrzymać się z opisem i omówić kwestię bezpańskich czworonogów. Rumunia jak i Bułgaria nie mogą sobie z nimi poradzić. Jest ich wszędzie pełno, często przemieszczają się całymi watahami, jednak nie należy ich się nadto obawiać. Większość z nich jest przeraźliwie wychudzona, co może wyciskać łzy u bardziej wrażliwych osób. Wygłodzenie sprawiło, że są praktycznie nieszkodliwe i nieagresywne. Zdają sobie sprawę, że tylko ludzie są w stanie je nakarmić. Dlatego też nie atakują przechodniów. Z dokarmianiem należy jednak uważać. Wystarczy dać mały kawałek czegokolwiek, a po chwili będziemy mieć całą chmarę współtowarzyszy od których nie sposób będzie się uwolnić. Należy też zachować ostrożność i nie zapuszczać się samotnie w miejsca gdzie jest ich znaczna przewaga.

Idziemy dalej. Podążamy w stronę plaży po drodze mijając meczet. Widok z niego napawa ochotą zgubienia się w tym mieście. Widać morze, ciasne uliczki, imponujące budynki i pomniki, na jednym z dachów widzę krzątającą się kobietę. Okazuje się, że urządziła sobie całkiem przestronne lokum na powierzchni całego dachu.

P1200284-1920

Dochodzimy do pomnika inżyniera największego portu nad Morzem Czarnym, gościu jakby z dumą patrzy w stronę swojego dzieła. Zahaczamy o piwo i najdziwniej podane frytki (każdy dostał talerzyk, widelec i nóż, a na dużym talerzu zostały przyniesione 2 porcje frytek). Przechadzamy się nadmorskim deptakiem i zbliżamy się do najpiękniejszego według mnie budynku miasta. Dawnego Casino.

P1200288-1920

Z zewnątrz cudo, tuż nad brzegiem Morza wygląda jak perła. Przy wejściu już coś nie gra. Można sobie wziąć kask, jakby ktoś nie czuł się pewnie. Kasyno okazuje się być zapuszczoną ruiną. Potencjał tego miejsca, jego ukryte piękno w zderzeniu z odpadającym tykiem i grzybem na ścianach wywołuje mój smutek. Wzdycham nad tym miejscem, gdy nagle do jednego z wnętrz wchodzi para młoda. Cóż za niezwykły pomysł zestawić coś co upada z czymś co właśnie się narodziło. Nie wiadomo czy budynek zostanie odrestaurowany, czy zacznie powoli spadać na kaski odwiedzających. Zostanie w albumach i wyobraźni osób, które tam były. Po wyjściu z kasyna widzimy już w oddali miejską plaże. Agata pierwszy raz w życiu całkowicie zanurzyła się w Morzu Czarnym. Czyściutkie, piaszczyste, ciepłe, soli jest sporo, ale nie przeszkadza wcale w rozkosznym pływaniu. Po kąpieli wdrapujemy się na klif i na pieszo wracamy na dworzec. Niestety z solą morską na sobie, bo na plażach nie ma pryszniców do których zachodni turyści są przyzwyczajeni z plaż we Francji czy Włoszech. Wieczorem włóczymy się po Eforie, zaglądając do knajp przy deptaku.

23.08

Dzień w drodze – Autobus do Constanty z samego rana 6:20!, o 7:30 mamy bowiem pociąg w kierunku Tulczy. Przesiadka w Medgidia, dalej wiezie nas szynobus. Koszt biletu do Tulczy – ok 40zł. Następnie czeka nas przesiadka na prom.

DSC_0274-1920

Do 13:30 zostało trochę czasu, więc kusimy się na kotlety robione na miejscu przy barze na grillu. To mięso mielone uformowane w małe ruloniki, zwane tutaj mititei, bądź mici. Osoby które były w Chorwacji czy Bośni mogą znać to pod nazwą ćevapčici.

Polecam też piekarnie zaraz przy porcie, gdzie można kupić ciepłe bułki i precle za ok. 2zł. Biorę to co parę osób przede mną. Okazuje się, że to bułka serowo – waniliowa, naprawdę pycha. Wybiła godzina odpływu. Przez chwilę poczułem się jak w puszczy Amazońskiej, bo ludzie na pokład pakowali wszystko: lodówki, opony, porcelanę, meble, nasiona, komputery – no po prostu wszystko. W sumie nie ma się co dziwić bo do miasta, do którego się wybieramy istnieje tylko połączenie promem.Płyniemy szeroką odnogą Dunaju w kierunku SF. Georghe. Cała trasa ma trwać 5,5h koszt biletu to 6 euro. Więcej info. o promach tutaj pod linkiem. Krajobraz jest dość monotonny. Szczerze mówiąc czasem wydaje mi się, że stoimy w miejscu.

DSC_0297-1920

Szczęśliwie piwko w pokładowym barze jest w przystępnej cenie (coś koło 5zł). Na promie zagaduje do nas młody chłopak. Widzi, że turyści z dużymi aparatami, więc zapytuje, czy nie chcemy wycieczki w głąb Delty sobie urządzić. Po krótkiej naradzie i targowaniu mamy umówiony na jutro transport do Suliny! Koszt przyjemności – 450lei, ale wiem, że będzie warto. Wysiadamy w Sf. Gheorhe, Aga ciągnie nas na camping o którym czytaliśmy pozytywne opinie, jednak reszta usilnie kręci się przy porcie w nadziei, że może ktoś zaczepi i zaproponuje nocleg. Dzikie tłumy z promu – turystów wysiadło naprawdę sporo – zmierzają ku Campig Dolphin. Zgarnął on większość ruchu turystycznego pod swój dach, odbierając trochę szansę dorobienia sobie autochtonom… . Nagle babuszka zagaduje do mnie po rumuńsku „Camere?” pyta. Kiedy zorientowała się, że rumuński zdecydowanie to nie nasz pierwszy język, spytała czy „pa ruski” my „da” i zaczęła się ukraińsko – z jej strony – rosyjska – z naszej – rozmowa. Kobieta bierze nas pod dach za 200lei za wszystkich. Idziemy przez małe blokowisko. Lekko zmrożeni myślą spędzenia tej jednej nocy w SF. Gheorhe na 5 piętrze w starym bloku, ale okazało się, że babka prowadzi nas do schludnego domu acz tandetnego domu.

P1200349-1920

Po zalogowaniu się w pokojach (niestety bez klimy) udajemy się na plaże. Jedziemy dziwną przyczepką doczepioną do Jeepa, drogi są piaszczyste, kurz unosi się wokół. Plaża piaszczysta, jak to w delcie. Szerooooka. W morzu liczne meduzy. Jest już dosyć późno. Dziwnie wygląda zachód słońca po przeciwnej stronie niż morze. Tutaj piękny musi być wschód słońca…mam po co wracać. Z Agą odłączamy się od reszty, która wyraźnie naciska na powrót na kwaterę. My myślimy sobie „ale chwila” płynęliśmy tu odnogą Dunaju, jesteśmy nad morzem, gdzieś tuż obok jedno musi łączyć się z drugim!” Po ok. 10 minutach marszu widzimy to zderzenie mas wody. Morze nie wie w którą stronę falować, bo dostaje niezłego kopniaka z boku. Widok niecodzienny, zachód słońca, szeroki Dunaj, plaża, muszle….

P1200333-1920

Wracamy po ciemku atakowani przez komary, które zaraz gdy słońce zaszło za horyzont wyszły na żer. Idziemy obok jakiejś ciężkiej dyskoteki…do tej pory się zastanawiam, czy to nie był czasem kamping do którego tak wszystkich ciągnęliśmy.

24.08

9:30 czekamy w Porcie na Andy’ego.

DSC_0399-1920

Chłopak okazuje się być przesympatycznym, przedsiębiorczym 17-latkiem, mówiącym bardzo dobrze po angielsku. Ma licencje na łódź i z tego co mówi to od dzieciństwa pływał z tatą po delcie. Płyniemy ok. 5h, przez kanały, kanaliki, widzimy mnóstwo gatunków ptaków: czaple, kormorany, kokoszki… Dopływamy w miejsce gdzie jak dywan rośnie kotewka orzech wodny. Jemy trochę orzechów na drugie śniadanie. Słońce ostro przygrzewa. Dorota z Agatą ukrywają się przed słońcem, bo skóra zaczyna krzyczeć. Przepływamy przez parę rezerwatów, wpływamy na jezioro. Spore jezioro, gdzie fale porządnie miotają tą naszą łupinką. Andy pokazuje nam w oddali białego ptaka, mówi że to pelikan, podpływamy bliżej, chłopaki robią zdjęcia ze sporym zoomem i jest! Uwieczniony cel naszej podróży w delcie. Miało być stado pelikanów…ale jak się okazało jeden też daje sporo frajdy. Ok. godz. 14 docieramy do Suliny. Andy proponuje nam nocleg u swojej Babuszki. Tu już widać biedę.

DSC_0671-1920

Cena niewygórowana – 5e od osoby, a mamy do dyspozycji 2 pokoje. Dowiadujemy się, o braku biletów na wodolot, którym chcieliśmy nazajutrz wrócić szybko do Tulczy. Znowu będziemy musieli płynąć ponad 4h… Spacer po Sulinie w kierunku plaży. Plaża już mniej sympatyczna, więcej ludzi, więcej brudu, fastfoody i oczywiście dzikie psy. Po kąpieli chcemy dojść do przekopu Dunaju do Morza Czarnego. Jednak po kilkuset metrach wzdłuż plaży okazuje się, że droga do przejścia jeszcze daleka, a już robi się ciemno. Nie ryzykując wracamy na pieszo do domu. Wieczorem czeka na nas syn gospodyni. Człowiek z przeszłością, który nie boi się o niej mówić. Po podwórku skaczą ciekawskie ropuchy, nad głową wiszą kiście winogron, obok w dużym słoju mieszka żółw przyniesiony z rzeki, Aga gra żonę swojego muża, lekki dym ze spirali antykomarowej unosi się w powietrzu.

25.08

Prom do Tulczy (link do rozkładu)– znów z samego rana – ok. 7:00, do celu docieramy przed 12:00. Stamtąd bierzemy autobus do Galati. Autobus nagle zatrzymuje się. Okazało się, że nie dojeżdża do samego miasta, oddziela nas od niego jedynie …potężna rzeka…na pieszo wchodzimy więc na prom, płyniemy w stronę Galati. Po drugiej stronie, oczywiście brak komunikacji miejskiej. Zmuszeni bierzemy taksówkę na dworzec, który znajduje się po drugiej stronie miasta i czekamy na pociąg do Iassi. Dojeżdżamy na miejsce już koło 22. Chcemy dowiedzieć się jeszcze przed jutrem o połączenie z Bielcami, niestety pani w kasie nie mówi po angielsku, ani po rosyjsku…i nie rozumie Bielce, Balti…?? nie idzie się dogadać, idziemy sprawdzić autobusy. Jakiś ma być koło 7 rano – znowu tak wcześnie! I zmierzamy do hostelu, gdzie 2 osobowy pokój jest 3 osobowy, a jedynka mieści 2 osoby. Przepłacamy biorąc  dwie trójki, każdy z łazienką…wkraczamy w rejony gdzie „jesteś w Rumunii to mów po rumuńsku”. Czar hostelu pryska w nocy…budzi mnie straszliwy rumor, odgłos jakby czołgi jechały tuż pod oknem, przez chwilę pomyślałem „wojna- no nie, akurat dziś” ale jak otrzeźwiałem, wyjrzałem przez okno i zobaczyłem, że to tylko niewinny mały tramwaj. Dostaliśmy pokoje zaraz obok hałaśliwej ulicy. Kolejna nieprzespana noc.  Ale przed nocą była jeszcze chwila wieczorne zwiedzanie Iassi – zaskakująco ładne miasto z kilkoma pięknie oświetlonymi budynkami, niezwykłym pałacem i klimatycznymi parkami.

P1200411-1920

Ciągle nie mogę wyjść z podziwu jak 3 lata wcześniej będąc w tym mieście uznałem je za jedno z najbrzydszych na Ziemi!

26.08

Pobudka. Śniadania hostel nie serwuje, stoi express do kawy – może chociaż kawę, herbatę, wrzątek – niet – ceny zaskakująco wysokie, więc ruszamy na autobus z myślą o dworcowej kawie. Autobus okazuje się małym busikiem, kierowca z 2ma ziomkami wyglądają jak wieloletni przemytnicy, ale kupujemy bilety i ruszamy w nieznaną nikomu z nas Mołdawię. Na granicy szybka kontrola paszportowa, do autobusu wsiada na chwilę pani – kantor, więc można od razu wymienić rumuńską walutę. Bielce witają nas lekkim deszczem i świętem. Okazuje się, że przyjeżdżamy do Mołdawii w ich wielkie święto – święto niepodległości. Idziemy do Domu Polskiego, mokrzy i zmęczeni pewno nie robimy zbyt dobrego wrażenia, ale pozwolono nam zostawić bagaże i wrócić na noc przespać się w sali lekcyjnej. Bez bagażu jedziemy do Soroków, po drodze zahaczając o mały festyn w Bielcach. Żwawa ładna pani śpiewa i tańczy radośnie, a ludzie niemrawo stają przy scenie. Widocznie nie czują tego że „ona tańczy dla nich”.

P1200426-1920

Mało spontanicznej festynowej radości w tym było.

Soroki słyną głównie  z dwóch rzeczy –  twierdzy

DSC_0796-1920

i dzielnicy cygańskiej, mającej dość specyficzną renomę, o której słychać nie tylko w Mołdawii ale i na całym świecie. Mieszka tam m.in. cygański król. Ponadto, dowiedzieliśmy, że policja niema tam zbytnio wstępu. Jak twierdzą romscy tubylcy „cyganie sami sobie potrafią poradzić z kłopotami”. Na pytanie co się dzieje jeżeli komuś coś się stanie, będzie awantura, generalnie jak wygląda organizacja życia w sytuacjach w których policja jest niezbędna i musi przyjechać. Szybko pada odpowiedź, z tajemniczym uśmiechem na twarzy:  jest taki układ, że policja nam tu nie wjeżdża. W gwoli wyjaśnienia, „gipsy city” mieści się na wzgórzu. Lekko przerażeni szukamy cygańskiego taksówkarza chętnego do zabrania na pokład nieprzepisowej 5 pasażerów, który zgodzi się obwieźć nas po lekko niebezpiecznej okolicy. Drogie Romosafari – 150lei! Po drodze na górę, mijamy patrole policyjne, pytamy się naszego „wodziciela” czy się nie boi o mandat. Z uśmiechem na ustach odpowiada, że przypadkiem jego, stróże prawa i porządku się nie czepiają. Zapada milczenie. Dzielnica na wzgórzu przepiękna, przepastna i oczywiście ociekająca tandetą na przemian z patologią. Domy z błyszczącymi kopułami, rzeźbami koni na dachu, przepych pełną gębą, a w dole biedne Soroki. Zahaczamy jeszcze o pomnik Świeczki z widokiem na rzekę.

Na dworzec autobusowy docieramy kilka minut po 15:00. Ostatni autobus do Bielc, odjechał równo o 15:00, czyli zostaliśmy 100km od naszych bagaży. Nasz cygański kierowca proponuje cenę podwózki, ponad 600lei! Targujemy się, ale bezskutecznie. Grzecznie informujemy o chęci poszukania innego mistrza kierownicy. Ten twardo pozostaje przy swojej wygórowanej ceni. Opuszczamy Opla i udajemy się na łowy. W dworcowym barze pytamy się „czy jest tu taksówkarz który zabierze nas do Bielc za 400lei”. Koleś z herbatą w ręku mówi:

– Ja chętnie, nie ma problemu tylko mam auto dla 4 pasażerów i jak policja nas zatrzyma to płacicie mandat.

Szybko przypominamy sobie, że poprzednik, który nie wiadomo jak znalazł się w środku baru i słyszał całą rozmowę, nie miał takich problemów, ale był droższy. Ruszamy. Po 15 może 20 min jazdy fatalną drogą, kierowca tajemniczo otwiera okno i uprzejmie informuje nas o możliwości wystąpienia smrodu w pojeździe! Przejeżdżamy bowiem koło osadników oczyszczalni ścieków we Floresti. Faktycznie smród nieziemski, ale czemu on otwiera okno. Po chwili zatrzymujmy się, a kierowca bierze papier toaletowy i jak błyskawica biegnie na stację benzynową.

P1200480-1920

Po chwili wraca, my popłakaliśmy się ze śmiechu. Autorem mało przyjemnej woni, wcale nie były osadniki. Po kolejnych 5 min jazdy sytuacja się powtarza, ale już bez ściemy z oczyszczalnią ścieków. Pyta się kto nas wiózł przez dzielnicę cygańską, podajemy imię poprzedniego taksówkarza. Nagle na twarzy naszego pojawia się niekryta wściekłość. Tłumaczy, że tamten wsypał mu do herbaty środek na przeczyszczenie gdy usłyszał iż ten podebrał mu klientów. My nie mogliśmy w to uwierzyć! W Mołdawii walka o klienta bywa okrutna.

27.08

Na ten dzień w planach mamy przedostać się do Kiszyniowa zahaczając o Saharnę i Orhei Veicci. Najlepszym rozwiązaniem to wynająć taksówkę na dzień (o wypożyczeniu auta niestety można pomarzyć), ale jak to zrobić, by znowu nas nie oszukali czy też żeby jeden taryfiarz drugiego nie otruł i tym samym zespół nam dzień i klimat przejazdu. Rozmawiamy z Polakiem Wadimem z domu Polskiego czy nie ma może zaprzyjaźnionego taksówkarza. Ze smutkiem stwierdza ”nie znam żadnego z autem na więcej niż 4 osoby, ale spokojnie coś postaram się wykombinować”. Ok. godz. 12:00 przyjeżdża 7-cio osobowy Opel Zafira. Niestety taksówkarz nie chce podać konkretnej ceny za przedstawioną mu trasę. Jak to tłumaczy, nie wie ile wyjdzie kilometrów. Ustaliliśmy cenę 4 lei za km. Trochę kręcimy nosem, ze strachu przed kolejnym oszustem ale zapewnił nas, że będzie z nami chodził wszędzie tam gdzie chcemy bo w sumie nigdy nie był w tych miejscach i chętnie je zobaczy. Nie mając zbyt wielkiego pola manewru godzimy się. Dojeżdżamy do Reziny, po drugiej stronie Dniestru widać monumentalną Rybnicę (dawne Polskie miasto).

DSC_0003-1920

Ogrom miasta wzmaga chęć jego lepszego poznania, niestety mieści się ono na terytorium Naddniestrza. Dojeżdżamy do Saharny. Ciekawy monastyr z malowniczym lekko wyschniętym w okresie letnim potokiem i wodospadem.

P1200491-1920

Następny cel podróży to jamy prawosławnych ascetów w Orhei Veicci. Powiem tak: przyroda, architektura i ogólny wygląd Mołdawii za specjalne nie są, jednak te dwie atrakcje pozbawione chmar zagranicznych turystów, są naprawdę niesamowite i dość kameralne!

P1200524-1920

Pod koniec dnia nasz kierowca dziękuje nam za wycieczkę. Mówi, że nigdy nie był w tych miejscach i nawet nie wiedział o tym jak w Mołdawii może być pięknie, wspominał, iż koniecznie musi zabrać tu dzieci. Pojawiła się nadzieja urwania z ceny, jednak nie dało rady. 1500lei musieliśmy zapłacić. W przeliczeniu na PLN daje to ok 360zł na 5 osób. Przyszłe dwie noce spędzamy w Kiszyniowskim hotelu Turist, nocleg ok 50zł/os. Standard mocno poniżej oczekiwań, a wybredny nie jestem. Nie polecam.

P1200554-1920

Wieczorem ruszamy na zwiedzanie miasta i kolację. Ceny w restauracjach względnie przystępne. Za 20-30 zł można zjeść regionalny obiad z dwóch dań wraz z winkiem czy piwkiem. Nam kilku przechodniów poleciło restaurację La Placinte mieszczącej się na Bulevardul Stefan cel Mare si Sfint. Obok restauracji znajduje się tańszy i względnie smaczny „bar mleczny” nie mniej jednak polecam wspomnianą powyżej „oberżę” – tanio, smacznie, czysto. Podczas wieczornej sjesty zastanawiamy się nad wyborem winnicy do zwiedzania. Czy wybrać największą na świecie Milesti Mici, czy wyremontowaną Cricova’ę? Obie winnice zwiedza się samochodem. Nie ma tam pieszych wycieczek, wstęp tylko w pojeździe. Przy ostatecznym wyborze pomaga nam recepcjonistka w hotelu.

28.08

O 7 rano mamy zamówiony transport do Milesti. Udostępnione do zwiedzania winnice  są ogromne. Łączna długość wszystkich korytarzy wynosi ponad 250km. W środku panuje przez cały rok stała temp. 12-14°C oraz wilgotność 85-95%. Zbiory liczą ponad 1,5 miliona butelek. Jest kilka opcji zwiedzania winnic, każda z przewodnikiem rumuńsko lub rosyjskojęzycznym (realia z roku 2012).

P1200563-1920

Najtańsza to zwykły objazd po zbiorach, najdroższa oprócz degustacji win w ofercie ma również obiad przyrządzony w tamtejszej, podziemnej restauracji wraz z muzyką graną na żywo. Wyprawa do winiarni to kolejne miejsce w którym dajemy się oszukać. Kierowca z przewodnikiem i recepcjonistka zdzierają z nas kasę niesamowicie. Na osobę wychodzi łącznie po 450lei, w tym transport z hotel-winiarnia-centrum miasta, dwóch przewodników (nie wiedzieć po co aż tylu), degustacja 4 rodzajów wina (4litry), orzeszki, krakersy. Jeden z naszych przewodników chce nas jeszcze naciągnąć na wyjazd do pobliskiego monastyru, ale zaczynamy darzyć go konkretną niechęcią. Po powrocie do miasta, resztę dnia spędziliśmy na zwiedzaniu Kiszyniowa. Uwaga, w stolicy Mołdawii panuje prohibicja w sklepach po godz. 23.

29.08 tiraspol-odessa

Noc miałem nieprzespaną. Przed wyjazdem naczytaliśmy się z Agatą pełno strasznych informacji nt. przetrzymywań przez Naddniestrzańską milicję, ciągłego żądania łapówek i wszelkich możliwych kłopotów, jakich można się spodziewać na terenie separatystycznej części Mołdawii, przez która oczywiście mamy zamiar przejechać. Zestresowani i z naprawdę już małymi finansami postanawiamy odwiedzić Tyraspol – stolicę chyba największego geopolitycznego kuriozum jakie występuje na terenie współczesnej Europy. Siedzimy w pociągu i powoli zbliżamy się do umownej granicy. Widać że konduktor biega po pociągu zdenerwowany, co w cale nas nie uspokoiło. Natomiast cywile którzy siedzą z nami w dużym zbiorowym przedziale, wykazują zerowy poziom stresu. Przez okno widzimy tabliczkę Бендеры (czyt. Bendery). Śmiało można powiedzieć, że wjechaliśmy na terytorium opanowane przez rebeliantów i armię rosyjską.

DSC_0248-1920

Przed wyjazdem na naszą ekskursję dowiedzieliśmy się również, że na terytorium Naddniestrza należy posiadać kartę emigracyjną. W pociągu pytamy się konduktora gdzie taką „kwitancję” wyrobić. Podobno takie miejsce znajduje się na dworcu kolejowym. W końcu pociąg staje. Udajemy się do okienka podpisanego Emogracjonnaja Służba. Dajemy paszporty, szybko jesteśmy zmierzeni od stóp do głów. Widać jak pogranicznik jest niezadowolony, z naszego wjazdu od strony Mołdawii, co też skomentował. Przegląda dalej paszport i trafił na wizę Rosyjską oraz Białoruską. Od razu humor mu się poprawił. Dał nam karteczki emigracyjne i poinformował, że mamy 12h na opuszczenie Naddniestrza. W republice panuje ich własna, nieuznawana nigdzie waluta.

DSC_0259-1920

Szybko zatem wymieniamy Leje Mołdawskie na Ruble Naddniestrzańskie, bagaże zostawiamy w przechowalni, bierzemy trolejbus miejski i jedziemy na prospekt Lenina. W trolejbusie bardzo sympatyczni ludzie, każdy jest ciekaw skąd jesteśmy i chce nam pomóc. Zupełnie inne zachowanie niż we wszystkich miejscach na dworcu. Podobne zachowanie w samym mieście, sklepach czy kawiarniach. Zaczynamy się zastanawiać, o co chodzi z tymi wszystkimi makabrycznymi opisami jakie znaleźliśmy w necie. Dochodzimy do budynku rządu.

P1200622-1920

Robimy zdjęcia, gdy nagle… chyba zaczęły się kłopoty. Z budynku wyskoczył strażnik. Pada pytanie kto z nas jest przewodnikiem i skąd jesteśmy. Odpowiadamy że nie mamy przewodnika. Na oczach strażnika nagle rysuje się strach, z którym sobie nie radzi. Łapie za telefon i gdzieś dzwoni. Powtarza pytanie skąd jesteśmy, odpowiadamy „z Polski”. On tę informacje przekazuje dalej. Widać jak nagle strach znika. Kończy rozmowę i mówi, możecie iść, tylko nie róbcie zdjęć budynkom rządowym. Powoli kierujemy się na dworzec, odwiedzając salon koniaków Kvint. Po drodze spotykamy 4 osoby, która bardzo odróżniają się od reszty społeczności. 3 z nich to hiszpańscy turyści, a czwarty to Amerykanin, któremu znudziło się życie w Ohio i przeprowadził się do Tyraspolu zakładając tu hostel. Bilety na autobus do Odessy kupujemy godzinę przed planowanym odjazdem w kasie na dworcu. Polecam każdemu takie rozwiązanie. Gdyż może się okazać że biletów u kierowcy brak i trzeba będzie nocować!

Na granicy Mołdawsko(Naddniestrzańsko)-Ukraińskiej zaskakujący jest brak flagi Mołdawii. Dumnie powiewa jedynie flaga komunistycznej republiki separatystów. Ukraińscy celnicy sprawdzają dość skrupulatnie bagaże osób wjeżdżających. W końcu docieramy do Odessy. Dwa najbliższe noclegi spędzamy w jednym z hosteli za ok 50zł noc. Warto wspomnieć iż nigdzie nie było babusiek (oferujących noclegi) na które tak liczyliśmy.

30.08

Rano udajemy się z głównego dworca kolejowego do Biłogradu Dnistrovskiego w, którym znajduje się twierdza Akreman.

P1200630-1920

Szczególnie jej nie polecam. Jest strasznie zniszczona, ale co kto lubi. Jeżeli jedzie się w tamte rejony na kilka dni, to na pewno warto, jeśli natomiast do Odessy wpadamy na krótko, to można sobie odpuścić. Trasa kolejowa bardzo ładna. Ciągnie się wzdłuż wybrzeża i przecina prześliczne czarnomorskie limana. Powrotnie natomiast bardziej pasował nam marszrutką, choć ostatecznie nie było to do końca dobre rozwiązanie. Na drodze był wypadek, co mocno wydłużyło nam czas jazdy. Po powrocie udaliśmy się na zwiedzanie miasta. Odessa to bardzo drogi kurort. Nie spodziewałem się aż takich cen na Ukrainie. Piwo w byle jakim pubie kosztowało 15zł i to nie był wyjątek. Z jedzeniem tez niebyło łatwo. Wszędzie ceny z kosmosu. My po godzinach bezsensownych poszukiwaniach miejsca na które byłoby nas stać udaliśmy się do Puzatej Haty (tania Ukraińska sieciówka typu bar/restauracja szybkiej obsługi w której można kupić dania regionalne w przystępnej cenie). Adres wspomnianej jadłodajni miałem zapisany wcześniej. I bardzo dobrze zrobiłem, gdyż trafić tam nie jest łatwo, bowiem znajduje się ona na 4 piętrze domu handlowego Europa ul. Deribasovska 21

31.08

Ostatniego dnia kąpaliśmy się na plaży miejskiej, która znajduje się we wschodniej części miasta za parkiem Szewczenkim, a następnie ok. godz. 18 rozpoczęliśmy powrót  pociągiem (plackarta) do Lwowa. Bardzo ważna informacja. Bilety na pociąg w okresie wakacyjnym należy nabyć kilka miesięcy wcześniej. Kolej na Ukrainie to główny środek transportu! Jeżeli zdecydujemy się kupić bilet na dzień przed odjazdem może się zdarzyć, że nie będzie wolnych miejsc i utkniemy na kilka dni. W roku 2013 kupowałem bilety rodzicom (trasa Lwów-Symferopol-Lwów). Bilety zostały wrzucone  do serwisu o 6:00 rano, ja kupiłem o 10:00, a o 12:00 były już tylko pojedyncze miejsca rozrzucone po całym wagonie (opisana sytuacja dotyczy wagonów klasy Kupe). Kilka tygodni później z racji dużego zainteresowania władze Kolei Ukraińskiej dorzuciły kolejne bilety i doczepili kolejne wagony, ale takie zachowanie nie jest regułą i planując wymarzony wyjazd nie powinno się polegać tylko na szczęściu.

Podsumowując, cały koszt 10 dni ok 2000zł na osobę. Nie rozpisuję co dokładnie ile kosztowało bo zarówno ceny w wizzair (obecny taryfikator można znaleźć tutaj) oraz ceny biletów na pkp zmieniają się jak w kalejdoskopie. Jedyne stałe ceny obowiązywały w na miejscu, a je podałem wyżej. Jednak i one w najbliższym czasie zapewne ulegną zmianie. Poniżej zamieszczam linki do stron Rumuńskich i Ukraińskich  przewoźników, na których można znaleźć interesujące nas taryfy. Ponadto zapraszam na fotobloga gdzie można znaleźć pełną galerię zdjęć z wyjazdu.

  1. CFR – strona Rumuńskich linii kolejowych
  2. Mapa Rumuńskich połączeń kolejowych
  3. UA – wersja anglojęzyczna z możliwością kupienia biletu (serwis obsługuje jedynie karty kredytowe z 3D secure)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s